- Zejść mi z drogi, zakute łby, albo posmakujecie mojej stali! - Admirał Lachance torował sobie drogę do gabinetu gubernatora pięścią i szpadą, rozpychając protestujących żołnierzy na boki.
- Panie admirale, tam nie wolno! – Jeden z oficerów został boleśnie rzucony o ścianę, gdy Lachance warknął wściekle, kompletnie nie zważając na jego słowa.
Niewątpliwie ucierpiały na tym rodowe portrety i piękne tapety gubernatorskich włości, jednak można się łatwo domyślić, że człowiek równie porywczy, co admirał za nic miał w tej chwili tak trywialne aspekty.
- Gilleroy, ty psie! – Wrzasnął i otworzył podwójne drzwi gabinetu tak mocno, że aż odbiły się od ściany. Siedzący przy biurku naprzeciw drzwi gubernator francuskiej kolonii podniósł głowę znad swoich papierów, gdy jego podwładny wpadł do środka niczym tajfun.
Lachance od progu zamachnął się i rzucił swoją szpadą prosto w portret właściciela gabinetu, wiszący na ścianie tuż nad jego głową.
- Witaj, Pierre. Co mogę dla ciebie zrobić? - Gubernator nawet nie ruszył się zza biurka, dalej ze stoickim spokojem porządkując papiery, gdy tymczasem wściekły jak sto diabłów admirał podszedł do niego i walnął obiema dłońmi o solidny, mahoniowy mebel.
- Jak śmiałeś! Moją córkę! Ty podstępny, pieprzony…! Jak śmiałeś ją stąd wywieźć bez mojego pozwolenia?! – krzyknął.
Gubernator westchnął cierpliwie, zebrał dokumenty z biurka, ułożył je na równy stosik, po czym przeniósł swój wzrok na admirała.
- Pohamuj się, Lachance, albo każę cię skrócić o głowę – powiedział spokojnie, bacznie obserwując swojego podwładnego. W oczach gubernatora czaił się złośliwy błysk, sugerujący, że bardzo chętnie spełniłby tę groźbę choćby zaraz.
- Moja córka, Gilleroy! Coś ty nawyczyniał, człowieku?! – Admirał obrócił się wokół własnej osi, wznosząc ręce do sufitu. - Saint-Domingue to jedyne bezpieczne miejsce dla niej w promieniu wielu mil, a ty gdzie ją, do kurwy nędzy, wysyłasz?! Na Jamajkę?! Do bukanierów, piratów, szubrawców i Brytoli?!
- W takim razie masz szczęście, co, Lachance? W związku z Brytolami nie musisz zawracać sobie głowy piratami. – Gubernator uśmiechnął się wrednie i wstał, poprawiając perukę i wyraźnie drażniąc się z porywczym admirałem. – Powściągnij swój język i siadaj. – Pchnął go na ozdobny fotel stojący przed biurkiem. - Trwa wojna o kolonie, mój dobry człowieku. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale po trzykroć przeklęty Jerzy „Z Bożej łaski(…)” gra naszemu królowi na nosie i chce zagarnąć cały Nowy Świat dla swojej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Brakuje nam rąk do pracy, a najlepszym przykładem zjednoczenia Francji będzie córka ojca o wysokim stopniu, która jest tak gorliwą patriotką, że jako ochotniczka popłynie na Jamajkę, by opatrywać rany żołnierzom naszych pułków. – To powiedziawszy, gubernator wyszarpnął admiralską szpadę ze swojego portretu i oddał ją właścicielowi, podchodząc do niego i ważąc broń w dłoni.
- Niezły rzut. Ćwiczyłeś? – Przekrzywił delikatnie głowę, zagajając niewinnie.
Admirał warknął i wyrwał mu ją.
- Wcale nie. Celowałem gdzie indziej. – Spojrzał wymownie na jego czoło i schował broń. – Pięknie to sobie wykoncypowałeś, nie ma co, Gilleroy. Niemniej jednak, jeśli nie chcesz mieć tu buntu wszystkich oddziałów, odwołasz rozkaz. – Syknął, celując palcem w gubernatorską pierś. - Jesteś człowiekiem rozsądnym, nieprawdaż? – Admirał Lachance uśmiechnął się szelmowsko, mrużąc groźnie oczy.
Był człowiekiem wysokim, dobrze zbudowanym, którego żelazna kondycja została znakomicie wyćwiczona w służbie na wojskowych statkach. W przeciwieństwie do gubernatora, który, mierzący ledwo sześć stóp wzrostu, swoją pozycję i przywileje wypracował komplementami, obyciem towarzyskim i łaszeniem się do wyższych instancji. Nigdy nie mogli dojść ze sobą do ładu, odkąd Lachance odmówił gubernatorowi ręki swojej córki. Admirał był człowiekiem sprytnym, jednak nie pozbawionym kręgosłupa moralnego, natomiast dla Gilleroy’a „przyzwoitość” to zapewne nazwa jakiejś zamorskiej potrawy.
- Za późno. – Gubernator zasiadł za biurkiem, uśmiechając się złośliwie i wracając do swoich papierów. – Trzy fregaty z armiami mającymi wesprzeć naszych na Jamajce wypłynęły o świcie. Nie muszę chyba dodawać, że razem z twoją córką na pokładzie?
***
- Jak ja kocham… To pirackie życie, kochanie! – Zatoczył się i prawie byłby rąbnął w grubą deskę podtrzymującą strop jakiegoś krzywego domu, gdyby dziwka, którą obejmował w pasie, z udawanym chichotem nie odciągnęła go na bok.
- Dziękuję, słodziutka. – Wziął między palce kosmyk jej blond włosów i skradł śmierdzącego przetrawionym alkoholem całusa. Zamruczał z zadowoleniem, patrząc na nią mętnym wzrokiem. – Moja droga nie wiesz nawet jak długo byłem na morzu. Przyda mi się mała powtórka… Powiedz, do czego to było? – Odstawił na jakąś przypadkową beczkę swoją pustą już butelkę po whisky i zaczął zabawiać się biustem swojej towarzyszki.
- Kapitanie Morgan! – Zachichotała, bardzo już pijana i najpewniej wprawiona w swoim fachu, bo bardzo realistycznie grała swoją rolę.
Zachęcony tą fałszywą nieśmiałością pirat podszedł bliżej, przycisnął jej ciało do swojego i pocałował ją po raz kolejny, tym razem bardziej się starając. Przesunął ręce z biustu na pośladki i kiedy w głowie już świtał mu szalony pomysł dokończenia swoich spraw tu, na ulicy, w jakimś przytulnym zaułku, usłyszał za sobą głos, którego miał nadzieję nie usłyszeć nigdy więcej w swoim nędznym, łotrowskim życiu:
- Kapitan James Morgan. Co za spotkanie! – Wesoły ton podszyty śmiechem, a po chwili zwinna, sprawna i silna dłoń na jego ramieniu sprawiły, że puścił dziwkę i kompletnie stracił ochotę na wszelkie seksualne igraszki. Przynajmniej na dziś wieczór.
- Jack DeLuca. Co za spotkanie… - Warknął Morgan z obrzydzeniem, po czym uśmiechnął się sztucznie, odwracając powoli.
Stali za nim dwaj mężczyźni, jeden dobrze zbudowany, o wypłowiałych od słońca blond włosach i figlarnym spojrzeniu czarnych, inteligentnych oczu. Drugi był niższy, chudszy, miał czarne, krótkie włosy, zagubione spojrzenie i trzymał na rękach na wpół roznegliżowaną Azjatkę.
- Zaraz, mówiłeś, że nazywasz się… - Spojrzenie bruneta zrobiło się jakby mniej zdezorientowane. Zmarszczył brwi, podtrzymując nieprzytomną kobietę z coraz większym trudem.
- Nie teraz, Hogan – warknął mężczyzna nazwany Jackiem, nie spuszczając z oczu Morgana. – Witaj, stary szczurze lądowy… - Podszedł bliżej Morgana, chowając ręce do kieszeni i uśmiechając się pod nosem. - Czyżbyś wrócił do życia? Ostatni raz widziałem cię w Rzymie przebranego za kleryka. Widać próba wybłagania łaski u papieża okazała się być fiaskiem?
Rozdrażniony tym złośliwym tonem kapitan rozejrzał się wokół za swoją bronią, a kiedy jego wzrok padł na dziwkę, która próbowała zwinąć mu sakiewkę, uderzył ją w twarz, przeklinając po hiszpańsku.
- Spływaj, kurwo! – warknął, wyciągając rapier z pochwy u swojego pasa.
- Ale…! Najpierw mi zapłać! – pisnęła, wystraszona, cofając się o krok do tyłu i trzymając za policzek.
Morgan postąpił do przodu w jej stronę i zamachnął się bronią, gdy w tym momencie Jack złapał go za ramię i szarpnął ostro do tyłu, obracając w swoją stronę.
- Hej, Morgan, ty fanfaronie, podnosisz rękę na kobietę? – Uśmiechnął się łobuzersko i pchnął go w przód. W tym czasie dziwka krzyknęła krótko, chowając się za jedną z bezpańskich skrzyń ładunkowych, których po ulicach Tortugi walało się co niemiara.
- Nie zadzieraj ze mną, ty żałosna namiastko pirata, dobrze ci radzę! – Morgan splunął na ziemię na poparcie swych słów, po czym podrzucił widowiskowo rapier w powietrzu i zaśmiał się zuchwale.
Jeff parsknął drwiąco i wyciągnął swoją szpadę ósemkową, zwiniętą Royal Navy, obracając ją pewnie w dłoni.
- Jak za starych, dobrych czasów, co, Morgan? - Podszedł do Jamesa powoli, uważając na ustawienie nóg w pojedynku białą bronią i cały czas nie spuszczając przeciwnika z oczu.
Spodziewał się takiego wybuchu od swojego porywczego kamrata i z przyjemnością go pokona, a dopiero potem wyjaśni mu po co do niego przyszedł. A przynajmniej takie miał założenie, bo Morgan błyskawicznie przełożył lewą nogę przed prawą, obrócił się szybko i wykonał piękne, czyste cięcie, jednocześnie wyprowadzając w kierunku szczęki Jacka lewy prosty. Ten kucnął gwałtownie, łapiąc się za krwawiący policzek, ale przynajmniej unikając miażdżącego ciosu z którego kapitan Morgan słynął w pirackich kręgach.
- Kiedy w końcu zrozumiesz, że starcia ze mną w końcu skutecznie przerzucą cię na tamten świat? – Krzyknął do niego kapitan, podczas gdy Jeff wskoczył na jedną ze skrzyń, z niej na beczkę, od której odskoczył w stronę wiszącego nad drzwiami tawerny szyldu. Złapał się obiema rękami za utrzymujący ją drewniany drążek, obrócił na nim i zwinnie wskoczył Morganowi na barana.
- Sugerujesz, że tak marny przeciwnik jak ty potrzebuje wielu prób? – Syknął mu na ucho, zanim został zrzucony na ziemię.
Podniósł się jednak w porę i ruszył na swojego przeciwnika, manewrując nad głową szpadą, by wyprowadzić szybki coupe1. James sparował jego cięcie i spróbował silnego, prostego pchnięcia. DeLuca przeskoczył na bok, potem za niego i uderzył go w tyłek, pchając na ziemię. James jednak nie dał się zaskoczyć tą starą piracką sztuczką i przekręcił się szybko na plecy, nim Jeff zdążył przyłożyć mu szpadę do gardła. Uniósł obie nogi i kopnął nimi Jamesa w brzuch, po czym korzystając z tego stanął na równe nogi i szybkim pchnięciem po żelazie wytrącił mu broń z dłoni.
- Sugeruję, Robercie, że to ty masz jedną poważną wadę. Swoje próby szybko zaczynasz i szybko kończysz. Zapytaj o to każdą portową dziwkę. – James z pewnym siebie uśmieszkiem przyłożył mu rapier do gardła.
Jack, zwany też Robertem, odchylił głowę nieco w tył, nerwowo przełykając ślinę. Spojrzał, już wcale nie tak pewnie, na Morgana, unosząc powoli ręce w górę.
- W porządku. Niech ci będzie – wychrypiał cicho, uśmiechając się blado i dość ugodowo. – Poddaję się. Wygrałeś.
James, wyraźnie zadowolony z siebie, odsunął rapier od jego szyi. W momencie, gdy przeniósł wzrok na bok, chowając swoją broń, wyraz twarzy Jamesa zmienił się na złośliwy i butny. Wyciągnął błyskawicznie nóż zza cholewy buta, skoczył na równe nogi, przyłożył ostrze do gardła Jamesa, łapiąc go od tyłu i przyduszając lekko. Kapitan wychrypiał coś, nie mogąc uwolnić się z żelaznego uścisku.
- Dam ci dobrą radę, Morgan – szepnął mu na ucho, muskając je delikatnie wargami. W jego wypowiedzi dało się wręcz czuć złośliwy uśmieszek. – Nigdy się ze mną nie spieraj. Bo na przykład, jeśli za twoją bezczelność rozpłatam ci gardło na dwoje, co ci z tego przyjdzie? Nic… oprócz kłopotów. Tak więc… - Pchnął go silnie w stronę stosu drewnianych skrzyń i podrzucił z ziemi swoją szpadę, łapiąc ją w powietrzu. – Wysłuchasz, co mam do powiedzenia, zgodzisz się ze mną w każdym słowie, dasz sobie postawić drinka i w międzyczasie rozprawisz się z tą złodziejską kurewką, która wciąż próbuje się dobrać do twojej sakiewki. Co ty na to? – Jack schował broń i posłał mu szelmowski uśmieszek, gdy tymczasem James odwrócił się błyskawicznie, uderzając nieszczęsną kobietę w twarz. Ta, wychylając się zza skrzyń, upadła na ziemię i jęknęła głucho.
Morgan zastanowił się nad propozycją uważnie, jednak powoli opuszczające go upojenie alkoholowe i zwiastujący już swą obecność kac wyraźnie wpłynęły na jego zdanie.
- Prowadź, przyjacielu. – Morgan uśmiechnął się nieszczerze, odwiązując swoją sakiewkę od pasa i chowając ją do kieszeni płaszcza. Potem objął Jeffa ciasno ramieniem, tak, by ten mu się nie wyrwał.
- Zaraz, chwileczkę, mój panie! Ta kobieta nie zasłużyła sobie na…!
- Hogan. – Jeff westchnął ciężko i odwrócił się gwałtownie, podchodząc do swojego oburzonego towarzysza. Zdjął mu kapelusz i zdzielił porządnie w czoło. - Milczże, nieszczęsny! Bierz naszą topielicę i chodź. – Wcisnął znów nakrycie na jego szanowną głowę i poprowadził obydwu bardzo zdecydowanym krokiem w stronę najbliższej tawerny.
1 coupe – (z fr.) Pchnięcie wrzuceniem